Główna :  Dla autorów :  Archiwum :  Publikacje :  turystykakulturowa.ORG

 

Data wydania 29 grudnia 2009, redaktor prowadzący numeru: Armin Mikos v. Rohrscheidt

Numer 1/2010 (styczeń 2010)

 

WYWIAD

 


Rozmowa z Ireną Szymion, prowadzącą Skansen „Chata pod okiennicami” w Stanisławkach

Anna Baran: Kiedy pojawił się pomysł na stworzenie skansenu?
Irena Szymion: Pomysł ten dojrzewał bardzo długo. Chatę odziedziczyłam po moim dziadku, jest to miejsce, w którym się urodziłam i spędziłam pełne miłości dzieciństwo. W mojej rodzinie od zawsze wszelkie pamiątki były traktowane z dużym szacunkiem, pieczołowicie składane w kartoniki i szafki. Po za tym historia jako nauka była od zawsze mi bardzo bliska. Skończyłam historię na Uniwersytecie Jagiellońskim. Po studiach rozpoczęłam pracę jako nauczycielka mojej ukochanej dziedziny. Postanowiłam, że nie chce być tylko nauczycielem, chce być historykiem, chcę zostawić coś po sobie. Dlatego powstał skansen, ale nie było to moje pierwsze działanie tego typu. Podczas mojej pracy w Szkole Podstawowej nr 3 w Wąbrzeźnie udało mi się tam utworzyć izbę pamięci, którą przekazałam mojej następczyni. Kiedy więc tylko pojawiła się możliwość stworzenia muzeum, przystąpiłam do działania.

A. B. Kiedy powstało muzeum?
I. Sz. Chata ma ponad 250 lat i jest wpisana do rejestru zabytków. Pierwszy jej wpis miał miejsce około roku 1918. Po uporządkowaniu zbiorów mojego dziadka, 15 sierpnia 1983 roku udało mi się otworzyć pierwszą izbę muzealną w chacie. W drugiej odbywała się biesiada, na której byli między innymi ówczesny Naczelnik Miasta Wąbrzeźna, Pan Edward Sroka, oraz wiele osób bardzo mi bliskich. Ich obecność udało się uwieńczyć wpisem do księgi pamiątkowej. W tym roku mija 25 lat istnienia muzeum.

A. B. Kto najczęściej odwiedza Pani skansen?
I. Sz. Są to w większości przypadków wycieczki szkolne, ale jest także wielu indywidualnych turystów, którzy chętnie odwiedzają progi mojego małego skansenu. Oprócz wycieczek szkolnych odwiedzają mnie także ludzie z różnych zakątków świata, najczęściej są to Niemcy, Anglicy, ale miałam też gości z Australii i Kanady. Jest także wielu stałych bywalców, kilka razy w roku odwiedzają mnie wycieczki rowerowe organizowane przez miejscowych działaczy. Co 5 lat odbywa się tutaj festyn, na który przyjeżdżają malarze, rzeźbiarze, kapele muzyczne. Ludzie przychodzą, serwujemy skromne jadło i bawimy się, poznajemy historię chaty. Ciągle się coś dzieje i muszę przyznać, że spotykam się z dużą akceptacją ze strony mieszkańców wsi. Bardzo bałam się, że ludzie będą nieprzychylnie patrzeć na obcych, gdyż w sezonie letnim praktycznie codziennie zajeżdża tu jakiś autokar i naprawdę przewija się mnóstwo ludzi. Jednak spotkałam się z dużym zrozumieniem ze strony mieszkańców, naprawdę mam wrażeniem, że ta moja działalność jest bardzo szanowana.

A. B. Czy miała Pani jakieś trudności w prowadzeniu renowacji chaty, co przysporzyło najwięcej problemów?
I. Sz. Największą i najdroższą inwestycją była wymiana dachu na chacie, jednak każde prace nastręczają sporo problemów. Dziadek mój wypełniał luki między balami cementem, ponieważ uważał, że skoro istnieje taki nowoczesny środek klejący, to czemu go nie używać. Jednak oryginalne wypełnienie powinno być gliniane. Obiekt jest moją własnością muszę zatem sama zająć się naprawą wypełnień. Muszę za każdym razem zdobyć glinę i pod nadzorem Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków wypełnić nią wszystkie powstałe luki. Co roku w celu konserwacji i ochrony przed szkodnikami jestem zmuszona pomalować izby muzealne specjalnym materiałem drewnochroniącym. Jednak największą inwestycją była wymiana dachu. Zrobiłam to systemem gospodarczym, zatrudniłam kosiarzy, którzy przy 35-stopniowym mrozie kosili trzcinę na jeziorze Wieczno. Następnie kobiety wiązały je w snopki drutami i transportowaliśmy je na plac przed skansenem. Do wymiany dachu potrzebny był dekarz, niestety takich fachowców już w okolicy nie ma. Udało mi się odnaleźć człowieka, który nauczył się tego w ramach rodzinnej działalności. Sporządził on kosztorys i plan całej inwestycji, z którym następnie udałam się do Wojewódzkiego Inspektora Zabytków żeby dostać zezwolenie i następnie przystąpić do pracy. W ciągu jednego lata zmieniliśmy jedną część dachu, w ciągu drugiego pozostałą. W nadchodzącym roku planuję wymienić szczytowe połacie deskowane, do czego muszę sprowadzić specjalistyczną firmę zajmującą się takimi sprawami. Wszystkie koszty pokrywam z własnej kieszeni. Są to takie trudności związane z faktem, że ten obiekt „żyje”. We wsi są jeszcze takie dwie chaty, które są w całkowitej ruinie. Gospodarze o nie dbają o te chaty, i nie ma na to żadnej sankcji, a jeżeli obok stoi duży dom, to inwestują w niego. W ludziach nie ma potrzeby zachowania swojego dziedzictwa. Mogę powiedzieć za siebie: ja dbam i się z tego cieszę. To jest moja pasja, moje wszystko…

A. B. Co jeszcze oprócz chaty objęła Pani swoją opieką?
I. Sz. Skansen to już teraz cały kompleks zabytków, oprócz chaty znajduje się tu kaplica. Była ona kiedyś szkołą, wybudowali ją Niemcy w 1856 roku. Jest to zabytkowy obiekt z czerwonej cegły. Miał być przez gminę sprzedany na mieszkania socjalne. Udało mi się jednak odtworzyć tu kaplicę, choć teraz jest to kaplica katolicka. Ludzie obecnie spotykają się tu na jednej mszy w niedzielę. Obok kaplicy są dwa cmentarze ewangelickie, które były już kompletnie zarośnięte. Nie była to łatwa praca, cmentarzy od 50 lat nikt nie odwiedzał, była to jedna wielka samosiewka. Przy pomocy moich byłych uczniów oczyściliśmy teren cmentarza, poustawialiśmy poprzewracane nagrobki. Niestety, co roku wszystko odrasta, a nie mogę stosować na ich terenie żadnych herbicydów. Jedyne, co można robić, to wycinać ręcznie wszystkie pędy. Jest to bardzo uciążliwe. Jednak mimo dużego wkładu pracy opłacało się. Okazało się bowiem, że najstarszy pochówek na terenie jednego z tych cmentarzy pochodzi z 1765 roku. Mam jeszcze wiele planów dotyczących mojego skansenu, bardzo potrzebne jest ogrzewanie do chaty. Pisałam wiele projektów o dofinansowanie ze środków unijnych, żaden jednak nie został jak dotąd pozytywnie rozpatrzony. W związku z tym finansuję wszystko z moich własnych środków i dzięki pomocy mojej rodziny. Nie jest to sprawa łatwa, bo każdego roku na zimę wszystko trzeba było uporządkować, pozakrywać. Dokumenty trzeba przenieść do domu, żeby nie uległy zniszczeniu. Mam w swoich zbiorach naprawdę wiele niepowtarzalnych rzeczy. Od pewnego mie4szkanca Anglii, który podczas wojny służył w armii generała Andersa otrzymałam całą bibliotekę, zbiór dzieł Mickiewicza, Orzeszkowej, Słowackiego, Sienkiewicza. Trzeba pamiętać, że armia ta miała swoje własne wydawnictwo i człowiek ten wszystko, co posiadał przesłał mnie. Nie mogę pozwolić żeby to uległo zniszczeniu, to trzeba zachować!

A. B. Co zmieniłaby Pani w Powiecie Wąbrzeskim w kontekście jego walorów turystycznych?
I. Sz.
Brakuje u nas ludzi z pasją, którzy zadbaliby choćby tylko o swoją wieś. Pobliskie Wronie posiada na przykład pałacyk myśliwski i kościółek z XIV wieku – a wszystko to jest zamknięte na cztery spusty, tam po prostu nie ma nikogo! Jarantowice to z kolei przepiękny drewniany kościół, o który dba proboszcz pobliskiej parafii, ale obok znajduje się duży cmentarz poewangelicki... Tam wśród nagrobków są jeszcze marmury! Tymczasem nikt się tym nie interesuje, korzenie drzew powoli rozsadzają te przepiękne płyty nagrobkowe. W każdej wsi są takie pamiątki! Co to jest turystyka? Turystyka to nie przecież tylko siedzenie na jednym miejscu. Kiedy do mnie przyjeżdżają ludzie, to na trzy dni, po tym czasie jest już nudno, chcą jechać gdzieś dalej. Uważam, że w Wąbrzeźnie powinna powstać agencja turystyczna, która by dysponowała własnym autokarem, własnymi lokalnymi przewodnikami. Powinien także powstać szlak turystyczny po powiecie. Ludzie muszą mieć kogoś, kto ich poprowadzi, pokaże uroki miejsca, w którym mieszkamy. Z kolei w malowniczym miejscu nad jeziorem Zamkowym brakuje porządnego, dużego, nowoczesnego hotelu. Niestety mieszkańcom brakuje świadomości, jak wiele walorów turystycznych posiada nasz region. W Wąbrzeźnie nie ma ani jednego przewodnika, nie ma człowieka, który chciałby się tym zająć.

A. B. Jakie miejsca Pani zdaniem są najbardziej godne uwagi turystów w powiecie ?
I. Sz. Tak naprawdę w każdej wsi jest coś, co warto zobaczyć. Nasze kościoły to niepowtarzalne świadectwa minionych czasów, każdy z nich ma swoją odrębną historię. W Ryńsku mamy unikalny kompleks pałacowo-parkowy oraz przepiękny kościółek, podobnie we Wroniu pałacyk myśliwski. Naprawdę w każdej miejscowości osoby z otwartymi oczami odnajdą coś niepowtarzalnego. Niestety to wszystko jest poukrywane. Bardzo dużo dla ponownego odkrycia tych skarbów zrobił pan Gustaw Budzyński, który trudni się sprzedażą rowerów. Organizuje on rajdy rowerowe śladami tych ciekawych miejsc w powiecie, potem zaś ludzie jeżdżą już sami. Pokazują swoim znajomym te miejsca… to naprawdę świetna inicjatywa.

A. B. Dziękuję za rozmowę.

Rozmowę przeprowadziła: Anna Baran, Uniwersytet Kazimierza wielkiego w Bydgoszczy
 

 

Nasi Partnerzy

 

Copyright ©  Turystyka Kulturowa 2008-2019


Ta strona internetowa używa pliki cookies w celu dostosowania serwisu do potrzeb użytkowników i w celach statystycznych. W przeglądarce internetowej można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Brak zmiany tych ustawień oznacza akceptację dla cookies stosowanych przez nasz serwis.
Zamknij